Przez kolejny rok Tymon ukrywał się w pieleszach warsztatu, który pozostał mu po ojcu. Od czasu do czasu zrobił jakiś stół, czy też fotel zarabiając na tym tyle ile potrzebne było do przeżycia. Wspomnienie tamtego przepięknego wieczoru, wieczoru w którym pozbawił życia starego cygana, przyprawiało go o dreszcze. Przez cały rok planował kolejne morderstwo. Morderstwo, które miało mu przysporzyć ogromnej przyjemności, najmniej na kolejny rok jego życia. Wieczoru którego opuszczał miasto miał poukładane wszystko w głowie, jak uczeń który za dziesięć minut ma stanąć przed komisją która nie znosi pomyłek.
Mury jego rodzinnej miejscowości stały się przeszłością dokładnie o godzinie drugiej w nocy, kiedy to raz na zawsze opuszczał swój warsztat i niedokończone prace. Jego przyszła ofiara miała na imię Elżbieta i była kochającą matką dwójki dzieci i żoną wybitnie zdolnego rzemieślnika. Wszyscy mieszkali na piętrze, nad warsztatem, w którym pracował jej mąż, w mieście odległym o trzy dni drogi od pierwotnego miejsca zamieszkania Tymona. Elżbieta byłą zaledwie dwudziestosześcio letnią dziewczyną o wielkiej urodzie. Jej włosy w kolorze świeżo zebranej pszenicy opadały delikatnie tuż za jej niezwykle zgrabne ramiona. Szerokie biodra kontrastowały ze wcięciem w talii pomimo dwóch porodów. Wielkością dorównywała największym mężczyznom jakich Tymon zdołał poznać. Odebranie życia komuś tak pięknemu i czerpiącemu z niego było dla niego największą motywacją.
Tymon przewidział, że może być poszukiwany i nie podążał on głównym i najprostszym traktem prowadzącym na miejsce kolejnej zbrodni. Ruszył on drogą znaną niewielu i przez niewielu uczęszczaną. Podróż starym, zapomnianym przez miasto nie nękane przez wojny i najazdy obcych traktem, który za dawnych czasów służył do ewakuacji, była równie trudna jak ukrycie przed ludźmi morderstwa popełnionego na ich oczach. Jego miejsce dawno zajęły bagna, bandyci i dzika zwierzyna. Dla niego była to jednak jedyna bezpieczna droga - wolna od ludzi prawych i cieszących się z życia. Śpiąc w starych i pustych w środku drzewach, opuszczonych tawernach i gospodarstwach, dotarł na miejsce po sześciu dniach. Całą drogę myślał o tym jakże przepięknym bluźnierstwie przeciw szczęściu i życiu.
Przez kolejny tydzień starał się trzymać z dala od oczu ludzi, za dnia śpiąc poza murami miasta, a wieczorami i nocami obserwując swoją ofiarę, planując uprowadzenie i oczekując na odpowiednią chwilę. Chwilę która da mu słodki zapach krwi i krzyk przypominający najpiękniejszą operę.
Ósmego dnia nadarzyła się okazja. Sąsiad Elżbiety, stary i zmęczony życiem piekarz zmarł na koklusz. Nieświadoma tego co miało stać się dzisiejszej nocy dziewczyna opuściła swój ciepły dom, aby pomodlić się za zmarłego. Właśnie w tej chwili przeraził ją cień kryjący się w mroku za rogiem jej domu. Mimo to pełna strachu ruszyła w stronę domu sąsiada. Zamknęła drzwi... i padła ogłuszona na progu nie powodując przy tym żadnego podejrzanego hałasu.
Obudziła się w momencie w którym nie mogła już nic zrobić. Leżała nago przywiązana do stołu w zrujnowanej gospodzie, oświetlonej jedynie światłem księżyca i łuną świecącą nad miastem którego już nigdy nie zobaczy. W mroku pomieszczenia majaczył jakiś kształt. Tymon wyszedł z cienia uśmiechając się i ciesząc na myśl o tym jaką przyjemność sprawi mu ta kobieta. Od chwili kiedy ją zobaczył rok temu na targu w stolicy nie mógł powstrzymać myśli. Myśli o tym jak piękna będzie jej śmierć i jaką sprawi mu rozkosz widok jej poćwiartowanego ciała.
Dziewczyna wydała z siebie przepiękny, wręcz teatralny okrzyk rozpaczy i żalu.
- Tutaj nikt Cię nie usłyszy i nie ujrzy twojej śmierci. Jestem tylko ja, gdyż ten widok jest zarezerwowany tylko dla mnie. Śmierć osoby który tak bardzo przywiązana jest do życia jest jedyną rzeczą która do mnie przemawia.
Elżbieta zemdlała ze strachu słysząc zimny i przeszywający niczym lodowy sztylet, głos swojego rzeźnika.
Tymon nie czekając ani chwili dłużej wyciągnął stary zakrwawiony nóż z worka. To ten sam nóż którym zarżnął tamtego cygana. Przecudowne wspomnienie. Tak samo ostry jak tamtego wieczoru. Podchodząc do młodej ofiary omal nie darował jej życia patrząc jak księżyc oświetla jej piękne ciało. Jednak nie był on człowiekiem który kochał. On kochał tylko śmierć i cierpienie. Reszty nienawidził. I tym razem zaczął od palców jak poprzednim razem. Białe, zgrabne palce nie były jednak tak słabe jak tamtego staruszka. Tym razem musiał bardziej się namęczyć. Każdy palec, którego brakowało młodej Elżbiecie, coraz bardziej przybliżał go do ekstazy. Kiedy skończył z palcami przeszedł do dłoni, ramion i stóp.
Elżbieta odzyskała przytomność gdy poczuła palący ból w miejscu w którym kiedyś były jej ramiona. Tym razem ich tam nie było. Śmierć nie nadchodziła szybko a ból był coraz większy.
Tymon był zdziwiony jak spokojnie leżała przytomna już dziewczyna. Nie sprawiało mu to takiej przyjemności jak powinno.
- Dlaczego nie krzyczysz z bólu?! Dlaczego nie cierpisz?! Przecież wiesz, że nie pożyjesz już długo?!
- Nie dam Ci tej przyjemności. Spłoń w piekle. - odpowiedziała.
Tymon pogrążony w rozpaczy postanowił dokończyć mimo to swojego dzieła. Kobieta zmarła wkrótce po tym jak odciął jej drugą piszczel. Na tym poprzestał siadając w kącie pomieszczenia i płacząc ze smutku. Jedyne co mu pozostało po nieudanym zamachu i roku dokładnego planowania.