niedziela, 3 lutego 2013

Gdy nadchodzi nowe życie. Część 2

Przez kolejny rok Tymon ukrywał się w pieleszach warsztatu, który pozostał mu po ojcu. Od czasu do czasu zrobił jakiś stół, czy też fotel zarabiając na tym tyle ile potrzebne było do przeżycia. Wspomnienie tamtego przepięknego wieczoru, wieczoru w którym pozbawił życia starego cygana, przyprawiało go o dreszcze. Przez cały rok planował kolejne morderstwo. Morderstwo, które miało mu przysporzyć ogromnej przyjemności, najmniej na kolejny rok jego życia. Wieczoru którego opuszczał miasto miał poukładane wszystko w głowie, jak uczeń który za dziesięć minut ma stanąć przed komisją która nie znosi pomyłek.

Mury jego rodzinnej miejscowości stały się przeszłością dokładnie o godzinie drugiej w nocy, kiedy to raz na zawsze opuszczał swój warsztat i niedokończone prace. Jego przyszła ofiara miała na imię Elżbieta i była kochającą matką dwójki dzieci i żoną wybitnie zdolnego rzemieślnika. Wszyscy mieszkali na piętrze, nad warsztatem, w którym pracował jej mąż, w mieście odległym o trzy dni drogi od pierwotnego miejsca zamieszkania Tymona. Elżbieta byłą zaledwie dwudziestosześcio letnią dziewczyną o wielkiej urodzie. Jej włosy w kolorze świeżo zebranej pszenicy opadały delikatnie tuż za jej niezwykle zgrabne ramiona. Szerokie biodra kontrastowały ze wcięciem w talii pomimo dwóch porodów. Wielkością dorównywała największym mężczyznom jakich Tymon zdołał poznać. Odebranie życia komuś tak pięknemu i czerpiącemu z niego było dla niego największą motywacją.

Tymon przewidział, że może być poszukiwany i nie podążał on głównym i najprostszym traktem prowadzącym na miejsce kolejnej zbrodni. Ruszył on drogą znaną niewielu i przez niewielu uczęszczaną. Podróż starym, zapomnianym przez miasto nie nękane przez wojny i najazdy obcych traktem, który za dawnych czasów służył do ewakuacji, była równie trudna jak ukrycie przed ludźmi morderstwa popełnionego na ich oczach. Jego miejsce dawno zajęły bagna, bandyci i dzika zwierzyna. Dla niego była to jednak jedyna bezpieczna droga - wolna od ludzi prawych i cieszących się z życia. Śpiąc w starych i pustych w środku drzewach, opuszczonych tawernach i gospodarstwach, dotarł na miejsce po sześciu dniach. Całą drogę myślał o tym jakże przepięknym bluźnierstwie przeciw szczęściu i życiu.

Przez kolejny tydzień starał się trzymać z dala od oczu ludzi, za dnia śpiąc poza murami miasta, a wieczorami i nocami obserwując swoją ofiarę, planując uprowadzenie i oczekując na odpowiednią chwilę. Chwilę która da mu słodki zapach krwi i krzyk przypominający najpiękniejszą operę.

Ósmego dnia nadarzyła się okazja. Sąsiad Elżbiety, stary i zmęczony życiem piekarz zmarł na koklusz. Nieświadoma tego co miało stać się dzisiejszej nocy dziewczyna opuściła swój ciepły dom, aby pomodlić się za zmarłego. Właśnie w tej chwili przeraził ją cień kryjący się w mroku za rogiem jej domu. Mimo to pełna strachu ruszyła w stronę domu sąsiada. Zamknęła drzwi... i padła ogłuszona na progu nie powodując przy tym żadnego podejrzanego hałasu.

Obudziła się w momencie w którym nie mogła już nic zrobić. Leżała nago przywiązana do stołu w zrujnowanej gospodzie, oświetlonej jedynie światłem księżyca i łuną świecącą nad miastem którego już nigdy nie zobaczy. W mroku pomieszczenia majaczył jakiś kształt. Tymon wyszedł z cienia uśmiechając się i ciesząc na myśl o tym jaką przyjemność sprawi mu ta kobieta. Od chwili kiedy ją zobaczył rok temu na targu w stolicy nie mógł powstrzymać myśli. Myśli o tym jak piękna będzie jej śmierć i jaką sprawi mu rozkosz widok jej poćwiartowanego ciała.

Dziewczyna wydała z siebie przepiękny, wręcz teatralny okrzyk rozpaczy i żalu.
- Tutaj nikt Cię nie usłyszy i nie ujrzy twojej śmierci. Jestem tylko ja, gdyż ten widok jest zarezerwowany tylko dla mnie. Śmierć osoby który tak bardzo przywiązana jest do życia jest jedyną rzeczą która do mnie przemawia.
Elżbieta zemdlała ze strachu słysząc zimny i przeszywający niczym lodowy sztylet, głos swojego rzeźnika.

Tymon nie czekając ani chwili dłużej wyciągnął stary zakrwawiony nóż z worka. To ten sam nóż którym zarżnął tamtego cygana. Przecudowne wspomnienie. Tak samo ostry jak tamtego wieczoru. Podchodząc do młodej ofiary omal nie darował jej życia patrząc jak księżyc oświetla jej piękne ciało. Jednak nie był on człowiekiem który kochał. On kochał tylko śmierć i cierpienie. Reszty nienawidził. I tym razem zaczął od palców jak poprzednim razem. Białe, zgrabne palce nie były jednak tak słabe jak tamtego staruszka. Tym razem musiał bardziej się namęczyć. Każdy palec, którego brakowało młodej Elżbiecie, coraz bardziej przybliżał go do ekstazy. Kiedy skończył z palcami przeszedł do dłoni, ramion i stóp.

Elżbieta odzyskała przytomność gdy poczuła palący ból w miejscu w którym kiedyś były jej ramiona. Tym razem ich tam nie było. Śmierć nie nadchodziła szybko a ból był coraz większy.

Tymon był zdziwiony jak spokojnie leżała przytomna już dziewczyna. Nie sprawiało mu to takiej przyjemności jak powinno.
- Dlaczego nie krzyczysz z bólu?! Dlaczego nie cierpisz?! Przecież wiesz, że nie pożyjesz już długo?!
- Nie dam Ci tej przyjemności. Spłoń w piekle. - odpowiedziała.

Tymon pogrążony w rozpaczy postanowił dokończyć mimo to swojego dzieła. Kobieta zmarła wkrótce po tym jak odciął jej drugą piszczel. Na tym poprzestał siadając w kącie pomieszczenia i płacząc ze smutku. Jedyne co mu pozostało po nieudanym zamachu i roku dokładnego planowania.

czwartek, 26 stycznia 2012

Gdy nadchodzi nowe życie. Część 1

Istnieją ludzie, którzy pomimo swojego wielkiego przywiązania do życia nie boją się śmierci. Są też tacy, których śmierć przeraża oraz ci którzy pragną śmierci. Takich ludzi nie obchodzi życie cielesne. Wierzą, że po śmierci czeka na nich całkiem nowy świat pełen nowych rzeczy, nowych umiejętności których można nabyć. Zamknięci w sobie, dając życie nowemu człowiekowi nie są świadomi jak okropną kreaturą może być ich potomek.
Tymon od samego początku swojego marnego życia był odgrodzony jakby niewidzialną barierą od rozkoszy jaką niesie ze sobą życie ziemskie. Urodził się w czasach kiedy świat żył w strachu przed rozpętaniem się wojny. Pochodził z mieszczańskiej rodziny. Jego matka zmarła przy porodzie. Jego ojciec Julian był z zawodu stolarzem. Z jego nasienia marnego nasienia powstał chłopak który tak bardzo znienawidzi życie. Od małego uczył syna fachu który wykonywał trwając w iluzji lepszego życia po śmierci. Pragnął jednak przeżyć to życie do końca, aby jego syn mógł żyć szczęśliwie. Chciał nauczyć go fachu, dać mu jak najwięcej prawdziwego życia i rozkoszy, aby mógł się cieszyć nim siedząc przy kominku z piękną, wyrozumiałą żoną i wnukami, w zimowe wieczory. Pragnął by jego syn miał to co jemu nigdy nie było dane. Nie wiedział jednak jak bardzo chłopak nienawidził życia. Nie cierpiał bawić się z innymi dziećmi, nie znosił śmiechu oraz ludzi. Wolał ciszę i półmrok warsztatu jego ojca. Wprost uwielbiał kiedy mógł być sam na sam ze sobą. Tylko wtedy wiedział kim naprawdę jest i kim chce być.
Pewnego dnia , szesnastoletni wtedy Tymon miał wypadek przy pracy. Właśnie robił nogi do stołu, który zamówiło młode małżeństwo. Odrażająca para kochająca życie i pragnącą spłodzić kolejnego małego człowieka. Kiedy docinał jedną z nich, przytrzymując ją dłonią, piła ześlizgnęła się na kciuk i ucięła go przy samej dłoni. Chłopak nie odczuwał jednak bólu. Po raz pierwszy w swoim życiu odczuwał coś przyjemnego. Na widok odciętego palca po jego karku przebiegały przyjemne skurcze. Zatamował krwotok i wrócił do pracy, ale nie mógł pozbyć się chęci by odciąć kolejny palec aby przeżyć te samą ekstazę jaką odczuł wcześniej. Powstrzymał się jednak gdyż strata kolejnego palca uniemożliwiła by mu dalszą pracą, którą zapychał sobie każdy dzień bezcelowego istnienia.
Od tamtego przyjemnego wypadku minęło dwadzieścia jeden lat i wiele się zmieniło. Dwie zimy temu odeszła jedyna osoba z którą teraz już dorosły mężczyzna był w stanie przebywać. Jego ojciec zmarł na zapalenie płuc. Od tamtej pory chłopak nie rozmawiał z nikim dłużej niż to było potrzebne. Wychodził kiedy to tylko było potrzebne, zazwyczaj wieczorem. Sąsiedni sklepikarze uważali go za ekscentryka jednak zdanie innych istot nie znaczyło dla niego nic. Uważał, że nie są godni aby mogli z nim przebywać. Byli gorsi od niego ze względu na swoje ślepe umiłowanie do życia, którego on z każdym dniem nienawidził coraz bardziej. Teraz kiedy sam przebywał w swoim warsztacie często sięgał myślami do dnia w którym stracił palec. Od tamtej pory nie przeżył nic podobnego. Tego dnia postanowił to zmienić i sprawdzić swoją hipotezę. Wychodząc na wieczorną przechadzkę w okół murów miasta zaopatrzył się odpowiednio w celu odkrycia czy to co wymyślił da mu taką samą przyjemność czy też będzie bezcelowe. Było późno i po zewnętrznej strony murów, po której znajdowały się rozległe bagna, zaczęła unosić się mgła. Niedaleko głównej bramy znajdowało się obozowisko cyganów. Ruszył po cichu jak pająk skradający się po swojej pajęczynie do muchy do najbliższych baraków i przycupnął pod jednym z nich. Miał zamiar się dowiedzieć za wszelką cenę czy jego hipoteza jest trafna czy też nie. Wypatrzył jednego ze starszych cyganów śpiącego na posłaniu przez prowizorycznym namiotem. Podszedł do niego od tyłu i ogłuszył go mocnym ciosem w tył głowy. Zabrał go na bagna gdzie nikt nie usłyszy jego krzyku.
Gdy starzec się obudził nie mógł uwierzyć w swoją bezsensowną sytuację. Młody, dobrze zbudowany mężczyzna z drewnianą maską na twarzy przypominającą dziób kruka przywiązał go do starego pnia. Teraz stał nad nim w bezruchu czekając aż się obudzi. Gdy tylko ujrzał ruch cygana sięgnął do swojego worka z którego wyciągnął coś co przeraziło starego włóczęgę. Był to nóż z ostrzem przypominającym piłę. Mężczyzna upewnił się, że jest dobrze naostrzony i ruszył w stronę swojej pierwszej ofiary - ofiary na której miał dowiedzieć się czy jego przypuszczenia będą słuszne. Złapał go za dłoń i zaczął obcinać mały palec. Cygan zemdlał z bólu, leczy Tymon kontynuował swoje dzieło. Miał racje. Sprawiało u to przyjemność w taki samym stopniu jak tamten przypadek. Zaczął odcinać kolejne palce, a później dłoń, przedramię, kończąc na ramionach. Ze starego cygana życie uleciało już dawno. Teraz patrząc na zakrwawione i pozbawione ramion ciało cygana czuł się wspaniale. Pierwszy raz w życiu poczuł coś takiego. Pierwszy raz w życiu dostał erekcji. Cały zakrwawiony zrzucił z siebie maskę, którą wyrzeźbił w czasach dzieciństwa w tajemnicy przed ojcem i cisnął ją w bagno. Ruszył do domu z głową pełną myśli oraz z planem kolejnego zamachu.

Początki początków.

Witam! Mam na imię Maciej i w domowym zaciszu pisuje książki i opowiadania w których panuje groza, strach i niepewność. Może nie jestem geniuszem w tej dziedzinie, ale sporo osób zainteresowały moje wypociny to też postaram się co jakiś czas umieścić tutaj swoje nowe opowiadania aby mogło ujrzeć je szersze grono czytelników. Jeśli chcesz wspomóc mnie nawet 1 złotówką i zwiększyć moją motywację do pisania kolejnych utworów - będę zaszczycony. Tym czasem zabieram się do dalszego pisania. Do następnego!